Właściwości hipnozy cz. 1

Czy prawdą jest, że przez wpatrywanie w świecący przedmiot, przez pewne ruchy zwane pociągami, wreszcie przez samo wmawianie i rozkaz słowny można wprowadzić człowieka w pewien szczególny i niezwykły stan zwany hipnozą?

Zdaje się, że między ludźmi wykształconymi, o których uszy obiły się postępy fizjologii lat ostatnich nie ma już takich, którzy by o tym wątpili. A jeżeli są, to możemy ich nie brać w rachubę. Byłoby bowiem prostą stratą czasu dowodzić rzeczywistości tego, co przez setki uczonych zostało stwierdzone, a na uznanie czego, gdy się ma głowę nabitą uprzedzeniami, nawet własne doświadczenie nie wystarczy.

Sceptycyzm naukowy może być dziś uprawniony tylko odnośnie do pewnych kwestii szczegółowych: czy prawdziwe są wszystkie właściwości, jakie różni autorzy przypisują hipnozie, czy też tylko niektóre? Czy liczba osób dających się uśpić jest tak wielka jak niektórzy podają? Czy prawdziwe są twierdzenia tych, którzy w hipnozie widzą potężny czynnik leczniczy? Czy istotnie przewrót jaki te zjawiska sprowadzą w fizjologii, psychologii i terapii, w pedagogice i w medycynie sądowej, będzie tak wielki jak utrzymują zwolennicy reformy?

Oto pytania, co do których wolno mieć wątpliwości i którymi też zajmiemy się bliżej.

Przypatrzmy się najpierw czym jest stan hipnotyczny, tak co do swej symptomatologii, czyli formy przejawu, jak i co do swej istoty fizjologicznej?

Zdawałoby się, że jeśli ta ostatnia kwestia natury zjawiska nie jest jeszcze dostatecznie wyjaśniona, to natomiast symptomatologia, tj. prosty opis cech, nie może przedstawiać żadnej trudności.

Na nieszczęście tak nie jest. Autorzy, którym przychodzi z łatwością wyliczenie wszystkich właściwości snu hipnotycznego dają tylko dowód, że posiadają w tym względzie bardzo szczupłe doświadczenie albo też, że w doświadczeniach widzą tylko to, co chcą widzieć, co ich w pierwszej chwili uderzyło, i że używają niestety bardzo zakorzenionego sposobu rozumowania ze szczegółu o ogóle.

Opracowawszy stan fizjologiczny jednego indywiduum, powiadają, że tak się objawia hipnotyzm – a jeśli u innych niezupełnie to samo znaleźli to objaśniają, że były to formy niekompletne, nieklasyczne.

Wynika z tego, że szereg cech uważanych za typowe w Paryżu, nie odnaleziono wcale w Nancy, że to co podają w Nancy lub w Paryżu, nie odpowiada temu, co obserwowano we Wrocławiu, że wreszcie wszystkie te trzy typy różnią się znacznie od tego, jaki opisywali już nieco zgodniej (z przyczyny jednorodności metody wywoływania hipnozy) dawni zwolennicy magnetyzmu.

Skąd pochodzi ten chaos? Pochodzi on stąd, że jak uczy rozległe i bez uprzedzeń podjęte doświadczenie, nie ma wcale jednego typu, który by streszczał w sobie właściwości hipnotyzmu. Na pytanie: jak się zachowuje osoba hipnotyzowana pod wpływem pewnego bodźca nie można dać prostej odpowiedzi, gdyż zachowa się ona bardzo rozmaicie, stosownie do swej indywidualnej natury. Tyle jest stanów hipnotycznych typowych ilu jest hipnotyków. Każdy ma swój typ, którego rozmaitość zależy nadto, chociaż już w mniejszym stopniu od warunków czasowych i od metod do wywołania hipnozy użytych.

Na tym właśnie polega – w pierwszej linii – olbrzymie reformatorskie znaczenie całej tej grupy zjawisk, że wykazują one rozległość i siłę różnic indywidualnych, że zmuszają do ograniczenia teorii fizjologicznej jedności rodu ludzkiego, która zbyt rozlegle pojęta musiała doprowadzić do błędnego szematyzmu w różnych metodach leczniczych – nie wyłączając i samego hipnotyzmu.

Niewątpliwie każdy z nas potrzebuje tlenu do oddychania, każdy potrzebuje jeść, aby żyć, u każdego serce bije aż do śmierci i każdego zabić można mniejszą lub większą dozą trucizny. Ale poza tą jednością istnieje cała gradacja różnic dosadnie uwydatnionych w przysłowiu, które powiada, że „jednemu szydła golą – drugiemu i brzytwy nie chcą“.

Weźmy przykład: mam przed sobą dwóch ludzi, równych wiekiem i zdrowiem. Jednemu z nich mogę jednym słowem odebrać czucie, zesztywnić ręce i nogi, kazać pić wodę zamiast szampana, wmówić, że widzi lwa, że jedzie konno, że tonie w wodzie, wywołać zimno, gorąco i poty, odebrać mu pamięć własnego imienia itp. – podczas kiedy drugi rozśmieje mi się w oczy i powie, że ani mu się śni ulegać temu, co w niego wmawiam.

A jednak – powołuję się w tym względzie na zdanie doktorów Liebeaulfa, Bernheima, Bremauda i innych –  obaj ci ludzie mogą być równie zdrowi. To znaczy, że badanie dotychczas znanymi środkami nie wykryje w nich żadnych zboczeń chorobowych.

Nigdy inne doświadczenia fizjologiczne nie wykazały tak wielkich różnic indywidualnych. Jedna i taż sama doza lekarstwa może jednemu pomóc, drugiemu zaszkodzić, a dla trzeciego pozostać obojętną – ale takiej różnicy w sile działania jednego i tego samego bodźca nie wykaże żadna inna metoda.

Z jednej strony cały system nerwowy opanowany bezwzględnie, podbity, ujarzmiony, posłuszny każdemu skinieniu; z drugiej – nic. Różnica między nimi jest taka, jak w dziedzinie mechanizmów martwych – między ciężkim młynem, którym tylko silny prąd rzeki porusza, a młynkiem Crookes’a, który kręci się pod naciskiem promienia światła. Gdy się młyn zepsuje, naprawiają go, używając młota i siekiery. Czy godzi się młotem i siekierą naprawiać radiometr Crookes’a?

A jednak gdyby ci dwaj ludzie byli chorzy na bezkrwistość – obydwom zapisano by żelazo. Gdyby mieli febrę, obu leczono by chiną. Gdyby obaj mieli zajęcie oskrzeli, obydwom położono by wizykatorje.